„Co byś nam doradził — WordPress czy stronę pisaną od zera?”
Słyszę to pytanie w połowie pierwszych rozmów. Zwykle towarzyszy mu zmęczenie, bo pytający zdążył już przeczytać, że WordPress jest najlepszy na świecie, i osobno usłyszeć od znajomego informatyka, że to dno.
Pracuję z jednym i z drugim. Odpowiedź, którą daję najczęściej, jest nudna: dla większości firm, które do mnie piszą, WordPress jest rozsądnym pierwszym wyborem. Ale ma dość wyraźną granicę, za którą przestaje się opłacać — i warto wiedzieć, gdzie ona leży, zanim się w niego zainwestuje.
Czym te podejścia właściwie się różnią
WordPress to gotowy system zarządzania treścią. Instalujesz go na hostingu, dokładasz szablon i wtyczki, i masz panel, w którym da się pisać teksty, wymieniać zdjęcia i dodawać podstrony bez dotykania kodu.
Strona na miarę to kod pisany pod konkretną firmę. Nie ma w niej funkcji, których nigdy nie użyjesz, bo nikt ich nie napisał.
Analogia, która zwykle trafia: WordPress to dom z katalogu. Strona na miarę to projekt u architekta. Katalogowy dom nie jest gorszy — jest po prostu przewidywalny, tańszy i szybciej stoi. Do architekta idzie się wtedy, kiedy działka albo sposób życia nie mieszczą się w katalogu.
Kiedy WordPress jest dobrym wyborem
Ponad 40% stron w internecie działa na WordPressie i nie jest to przypadek.
Koszt wejścia jest niski. Strona wizytówkowa na dobrym szablonie mieści się w dolnej części przedziału 1 000 – 8 000 zł, o którym pisałem szerzej w tekście o cenach stron internetowych. Dla firmy, która dopiero sprawdza, czy strona w ogóle przyniesie jej klientów, to sensowna kwota na start.
Uruchomienie jest szybkie. Cztery do sześciu tygodni i strona działa. Jeśli otwierasz lokal na wiosnę, różnica między „za miesiąc” a „za kwartał” jest realna.
Możesz obsługiwać ją sam. To jest zaleta, którą najczęściej się lekceważy, a która w praktyce decyduje. Po dwóch tygodniach oswajania panelu klient sam dodaje wpisy, podmienia cennik i wrzuca zdjęcia z ostatniej realizacji. Nie musi pisać do mnie po każdą literówkę — i, co ważniejsze, nie musi za nią płacić.
Wtyczki pokrywają większość typowych potrzeb. Rezerwacje, formularze, newsletter, sklep, integracja z systemem księgowym. Rzadko jest to rozwiązanie najlepsze z możliwych, ale prawie zawsze jest wystarczające i gotowe od ręki.
SEO da się zrobić porządnie. Wbrew temu, co czasem słychać, WordPress nie przeszkadza w pozycjonowaniu. Tytuły, opisy, struktura nagłówków, mapa strony — wszystko to jest w zasięgu.
Konkretnie: hotel albo pensjonat, który potrzebuje pokazać pokoje, ceny i przyjmować rezerwacje online. Gabinet, warsztat, biuro rachunkowe. Sklep z kilkudziesięcioma produktami. W każdym z tych przypadków zaproponuję WordPressa i nie będę miał z tym problemu.
Gdzie przebiega granica
Jest kilka sygnałów, że WordPress zaczyna być kosztem zamiast oszczędnością. Zwykle pojawiają się razem.
Liczba wtyczek rośnie. Instalacja z piętnastoma wtyczkami to piętnaście osobnych projektów, z których każdy ma własny cykl aktualizacji, własnego autora i własną szansę na porzucenie. Każda dokłada zapytania do bazy i kilkadziesiąt kilobajtów do strony. Efekt widać w czasie ładowania.
Wydajność przestaje dać się poprawić. Do pewnego momentu pomaga cache, optymalizacja zdjęć i lepszy hosting. Potem zostaje już tylko usuwanie funkcji, a tego nikt nie chce.
Powierzchnia ataku rośnie. WordPress jest popularny, więc jest badany — przez jednych po to, żeby go łatać, przez drugich po to, żeby go łamać. Praktycznie wszystkie włamania, przy których byłem, prowadziły przez nieaktualizowaną wtyczkę, nie przez sam system. To jest do opanowania, ale wymaga, żeby ktoś się tym zajmował. Wracam do tego niżej, bo to jest sedno.
Chcesz czegoś, czego nie ma w katalogu. Nietypowy proces zamówienia, integracja z systemem, którego nikt inny nie używa, własna logika cenowa. W tym momencie i tak zatrudniasz programistę — tyle że pisze on kod wewnątrz cudzych ograniczeń. Płacisz stawkę za pracę na miarę i dostajesz elastyczność szablonu.
Koszty stałe cicho rosną. Wtyczka do SEO w wersji pro, wtyczka do kopii zapasowych, wtyczka do cache, wtyczka do bezpieczeństwa. Każda po kilkadziesiąt–kilkaset złotych rocznie. Plus mocniejszy hosting, bo instalacja zrobiła się ciężka. Same w sobie to niewielkie kwoty — problem w tym, że rosną po cichu i nikt ich nie sumuje.
Kiedy strona na miarę się zwraca
Strona pisana pod firmę to inwestycja z przedziału 8 000 – 20 000 zł dla typowego serwisu firmowego, a przy sklepie z prawdziwą logiką biznesową, integracjami i większym katalogiem — 20 000 zł i w górę.
Co się za to dostaje:
- Szybkość, która nie degraduje się z czasem. Nie ma wtyczek, które by ją zjadały.
- Mniejszą powierzchnię ataku. Nie ma cudzego kodu, którego nikt nie aktualizuje.
- Strukturę danych dopasowaną do tego, jak faktycznie działa firma — zamiast naginania wpisów bloga do roli katalogu produktów.
- Własność. Kod jest Twój, udokumentowany, i inny programista go przejmie.
Konkretnie: sklep z tysiącami produktów, portal z kontami użytkowników, system rezerwacyjny z płatnościami, serwis obsługujący kilka lokalizacji z osobnymi cennikami. Wszystko, gdzie strona nie tyle informuje o firmie, co jest częścią tego, jak ta firma działa.
Rachunek na pięć lat
Porównanie samego kosztu wdrożenia jest mylące, bo pomija to, co dzieje się potem.
WordPress, strona wizytówkowa:
- wdrożenie: 3 000 – 8 000 zł
- hosting: 200 – 600 zł rocznie (instalacja z wtyczkami potrzebuje więcej niż strona statyczna)
- wtyczki w wersjach płatnych: 200 – 800 zł rocznie
- utrzymanie i aktualizacje: 1 200 – 6 000 zł rocznie
- doraźne naprawy: nieprzewidywalne, ale realne
Strona na miarę, serwis firmowy:
- wdrożenie: 8 000 – 20 000 zł
- hosting: 100 – 300 zł rocznie (lżejsza strona, mniejsze wymagania)
- utrzymanie: niższe, bo nie ma wtyczek do pilnowania
Po pięciu latach różnica jest wyraźnie mniejsza, niż wynikałoby to z pierwszej faktury. Nie znaczy to, że custom zawsze wygrywa — znaczy, że porównywanie 5 000 zł do 15 000 zł bez reszty rachunku prowadzi do złej decyzji.
Prosty test
WordPress ma sens, jeśli:
- potrzebujesz strony w ciągu kilku tygodni
- budżet na wdrożenie to kilka tysięcy złotych
- serwis jest w miarę typowy: oferta, realizacje, blog, kontakt
- chcesz sam zmieniać treści
- akceptujesz, że ktoś musi go regularnie doglądać
Strona na miarę ma sens, jeśli:
- firma rośnie i strona ma rosnąć razem z nią
- wydajność przekłada się bezpośrednio na przychód
- masz wymagania, których szablon nie pokrywa
- pracujesz na danych klientów i bezpieczeństwo jest realnym tematem
- patrzysz na horyzont pięciu lat, nie jednego
Rozwiązanie pośrednie
Jest jeszcze wariant, o którym rzadko się mówi: WordPress jako sam panel, bez swojej warstwy wizualnej, i osobno napisany frontend. Redakcja pracuje w narzędziu, które zna, a strona jest szybka, bo nic z WordPressa nie trafia do przeglądarki.
Sprawdza się przy serwisach, w których treści jest dużo i ktoś nietechniczny musi je codziennie dodawać. Kosztuje jak rozwiązanie na miarę, więc nie jest to droga na skróty — jest to sposób na zachowanie wygodnej redakcji przy dobrej wydajności.
Rzecz, która decyduje bardziej niż sam wybór
Po latach mam takie przekonanie: to, czy strona stoi na WordPressie, czy na własnym kodzie, ma mniejszy wpływ na jej los niż to, czy ktokolwiek się nią zajmuje.
Widziałem instalacje WordPressa, które chodzą świetnie po sześciu latach, bo ktoś co miesiąc wchodził i robił aktualizacje. Widziałem też strony pisane na miarę, które po trzech latach nie dawały się uruchomić, bo nikt nie ruszył zależności od czasu wdrożenia.
Wybór technologii ustawia sufit możliwości. Utrzymanie decyduje, gdzie faktycznie się wyląduje. To dlatego przy każdej wycenie rozmawiam też o tym, co dzieje się po uruchomieniu — opisałem to szerzej w tekście o opiece technicznej.
Jeśli WordPress: zaplanuj aktualizacje, kopie zapasowe i monitoring od pierwszego dnia. Jeśli strona na miarę: zadbaj, żeby ktoś odświeżał zależności, nawet gdy nic się nie psuje.
Podsumowanie
Dla większości firm, które do mnie trafiają, sensowna ścieżka wygląda tak: zacząć od WordPressa, dać stronie rok–dwa na pokazanie, czy przyprowadza klientów, i dopiero wtedy decydować o przepisaniu — już na podstawie danych, a nie przeczucia.
Wyjątkiem są projekty, w których strona jest częścią produktu, a nie wizytówką. Tam zaczynanie od szablonu to zwykle stracony rok.
Nie masz pewności, po której stronie tej granicy jesteś? Napisz do mnie. Przejdziemy przez to, co strona ma naprawdę robić, i powiem wprost, co jest w Twoim przypadku rozsądniejsze — łącznie z tym, że czasem najrozsądniej jest zostać przy tym, co już masz.